Czy Europa miała kiedykolwiek jakiś ramowy choćby koncept doprowadzenia do rozejmu na Ukrainie? Nie miała, poza czczymi zapewnieniami, iż „będzie pomagać tak długo, jak będzie trzeba”, czyli aż do ostatecznego zaboru Ukrainy przez Moskali. Czy Europa po 24 lutego 2022 roku zdobyła się na wysiłek, aby znaleźć polityczną i militarną moc, umożliwiającą gwarantowanie niepodległości Ukrainie? – pyta Jan ROKITA
Kiedy we wtorek Trump w Waszyngtonie wszczyna rozmowy z Putinem na temat pokoju na Ukrainie, a jego minister obrony Hegseth w Brukseli wyzywająco zapowiada, iż Ameryka nie będzie gwarantem tego pokoju, Europa popada w płaczliwość i wydaje z siebie polityczne jęki. A powód tego jest jeden: oto Ameryka znów Europę potraktowała lekceważąco! Najgłośniejsze skargi płyną z Berlina, gdzie sam kanclerz nie chce uwierzyć, iż Trump i Hegseth mogli zrobić coś takiego, nie dyskutując tego wcześniej z Niemcami, a nawet nie powiadamiając Scholza o swoich zamiarach. Oto Amerykanie dopuszczają się czegoś, co w politycznej Europie budzi zgrozę: nie mówią ani słowa o tym, iżby Europa miała „zasiąść przy stole”, przy którym ma się rozmawiać o pokoju na Ukrainie. O tym „siedzeniu” czy też raczej „niesiedzeniu” przy stole rozprawiają z przejęciem kluczowi europejscy liderzy, a ile narzekają przy tym, ile skarżą się mediom! Z kolei anonimowi dawcy opinii w rządowych kancelariach powtarzają z poczuciem samoupokorzenia tyleż ograny, co nieprawdziwy bon mot, wedle którego „jeśli kto nie siedzi przy stole, to musi znaleźć się w menu”.
„Pokój można osiągnąć tylko razem, a to znaczy z Ukrainą i Europejczykami” – zapewnia niemiecka szefowa dyplomacji, pani Baerbock. „Razem! Razem!” – taki tweet rozsyła po świecie polski premier Tusk. Brzmi to jak jakiś rozpaczliwy protest przeciwko dobrze znanej rzeczywistości, polegającej na tym, że Putin, o ile w ogóle bierze pod uwagę powstrzymanie wojny (co ciągle wątpliwe), to tylko jako wynik jakiegoś układu z Ameryką. I akurat to, czy Biden, czy też Trump siedzi w Białym Domu, w niczym nie zmieniło jego zamiarów. „W każdych negocjacjach Europa musi odgrywać centralną rolę” – taki twardy warunek stawia Rosji i Ameryce pani Kallas, szefowa unijnej dyplomacji. Cóż za nonsens! Aż dziw bierze, że nie dostrzegają go ci, którzy w poczuciu urojonego własnego znaczenia gotowi są dziś wypowiadać takie groteskowe opinie. Ileż to razy, przy pomrukach niezadowolenia płynących z Kijowa, Scholz czy Macron wydzwaniali do Putina z żądaniem pokojowych negocjacji? I czy kiedykolwiek miało to jakieś znaczenie, poza tym że tak jak niemiecki kanclerz uczciwie sami przyznawali się do bezskuteczności swych wysiłków?
No i trudno się temu dziwić. Czy Europa miała bowiem kiedykolwiek jakiś ramowy choćby koncept doprowadzenia do rozejmu na Ukrainie? Nie miała, poza czczymi zapewnieniami, iż „będzie pomagać tak długo, jak będzie trzeba”, czyli aż do ostatecznego zaboru Ukrainy przez Moskali. Czy Europa po 24 lutego 2022 roku zdobyła się na wysiłek, aby znaleźć polityczną i militarną moc, umożliwiającą gwarantowanie niepodległości Ukrainie? Dziś już nawet najbardziej „proeuropejskie” gazety, takie jak „The Guardian”, kpią sobie otwarcie z przełomowego ponoć w roku 2022 „Europejskiego Kompasu Strategicznego”, który miał z Europy uczynić mocarstwo w dziedzinie bezpieczeństwa. „Gdyby kserokopiarki Komisji Europejskiej mogły wygrywać wojny, Moskwa już dawno by się poddała” – z sarkazmem zauważa teraz rozsądny komentator tego dziennika.
Nic dziwnego, że niechętna Europie ekipa Trumpa uderza teraz w tę bezsilność i bezradność Starego Kontynentu, żyjącego w iluzji wielkiej politycznej roli, jaką ma do spełnienia. W Brukseli Hegseth wystawia Europę na próbę, której oczywiście nie jest ona w stanie sprostać. Mówi: niech Europa wyśle swoje wojska na Ukrainę, ale bez żadnych amerykańskich gwarancji. Dopiero co Zełenski sugerował, iż do zagwarantowania rozejmu potrzeba będzie dwustu tysięcy żołnierzy sił międzynarodowych. Czy Europa już te siły organizuje, przygotowuje do ekspedycji na Ukrainę? Czy to właśnie absorbuje ostatnio najbardziej przywódców Anglii, Niemiec, Polski? Bynajmniej. Europejscy liderzy zbyli Zełenskiego milczeniem, a w ich imieniu niemiecki kanclerz miał do powiedzenia tyle, iż „na razie cała sprawa jest przedwczesna”. A owi anonimowi dawcy opinii z europejskich kancelarii rządowych wyjąkali, iż Europa potrzebowałaby dużo czasu i wysiłku, aby stworzyć zdolne do działania 40-tysięczne siły rozejmowe.
W polityce nie ma w gruncie rzeczy zjawiska bardziej żałosnego niźli zawiniona słabość i bezsilność, nieustannie domagająca się uznania swej wielkiej politycznej roli. Zawsze budziło to moją irytację, gdy pojawiało się w polityce polskiej, nieustannie żywiącej pretensje, iż gdzieś tam znów „nie zasiada przy stole”. To w gruncie rzeczy śmieszne, że to, co kiedyś wydawało mi się typowo polskim kompleksem, okazuje się jednak „stanowiskiem europejskim”, a więc aspirującym do tym większej ważności. Nikt nie wie dziś, jakie skutki przyniosą ryzykowne kroki, jakie Trump podejmuje w sprawie pokoju na Ukrainie, w swoim stylu, zaczynając od biznesowego schlebiania kremlowskiemu tyranowi. Ale jedno jest pewne: to Ameryka arbitralnie, w stylu właściwym antycznej imperialnej Romie, bierze odpowiedzialność za ich sukces albo całkiem prawdopodobną porażkę. Trump wie, że rolą wielkiego mocarstwa jest też podejmowanie wielkiego ryzyka. Europa może tylko na to patrzeć i infantylnie się dąsać, że nie siedzi przy jakimś wyimaginowanym przez nią samą stole.
Jan Rokita
https://wszystkoconajwazniejsze.pl/jan-rokita-skrzywdzona-i-placzliwa-europa/